Melia Zanzibar - jeden z powodów, dla których już nie wrócę na wyspę | JasonHunt

Melia Zanzibar – jeden z powodów, dla których już nie wrócę na wyspę

Takie ładne to zdjęcie. Niewielki domek nad brzegiem oceanu, zielona woda, a w tle drewniany pomost. Prawie jak w raju.

W ciągu ostatnich 3 tygodni mogliście oglądać sporo podobnych widoków. Nie jest trudno pokazać piękno tam, gdzie jest pięknie. Jeszcze łatwiej jest, gdy używa się kilku suwaczków, nasycających kolory. Dzisiaj będą gorsze zdjęcia, bo nietknięte suwaczkami. Żadnej obróbki w programach graficznych. Po zachwytach nad Zanzibarem czas nieco odrzeć to miejsce ze złudzeń.

DSC09720

Nie chcielibyście mieszkać w tym domku. Przez większość dnia nie ma pod nim plaży. Jest woda. A kiedy nie ma wody to widać brązowy muł i śmierdzi glonami. Mieszkać tam i mieć otwarte okno to szczyt masochizmu. Na pomost też byście nie chodzili. W dzień jest tam bardzo wietrznie. A jeśli nie jest wietrznie, to bywa bardzo upalnie. A jeśli nawet ukryjesz się przed upałem, to co chwilę będą ci przeszkadzać turyści, chodzący w tę i z powrotem. W południe są tam lunche, a wraz z nimi dochodzi zapach potraw. Niezbyt przyjemny, taki ciężkawy, mdły zapach, bo tutejsi na kuchni niespecjalnie się znają. Ich filozofia sprowadza się do obtoczenia wszystkiego przyprawami i wrzucenia tego na grilla. Albo utopienia w oleju. Wieczorami na pomost nie wejdziesz, bo są tam kolacje. Oczywiście możesz iść na kolację, ale pod warunkiem, że masz wykupiony pakiet „level” – to taka opcja dla snobów, coś więcej niż all inclusive, bo nie tylko dostajesz do zamieszkania ponad 100-metrowy apartament, ale masz dostęp do potraw i usług, do których „zwykli” dostępu nie mają. Szczere współczucia dla nich, bo 90% menu kolacyjnego to żarcie dla „levelowców”. Cała reszta musi płacić za gówniany kotlet dziesiątki dolarów.
Oczywiście miałem „level”. Jakżeby inaczej. 2-tygodniowe wakacje kosztowały mnie 15 razy więcej niż moje pierwsze wakacje w Tunezji sprzed kilku lat.

Wydawać by się mogło, że takie wakacje to wyższa szkoła jazdy. Luksus pełną gębą. No jak dostajesz mieszkanie z dwoma tarasami, a obsługa hotelowa – w założeniu – dba o nie trzy, czasami cztery razy na dobę, to masz prawo myśleć, że już lepiej być nie może.
A jednak może. Opowiem wam trochę o hotelu Melia Zanzibar.

 

DSC09735

Całkiem ładna plaża jest oddalona od hotelu o 15 minut spaceru. Możesz nawet skorzystać na niej z łóżek pod baldachimami, o ile masz 50 dolarów dziennie, by je wykupić.

DSC09741

Ten widok nie jest taki zły. W rzeczywistości jednak nie popływasz tam, bo wszędzie są glony, ostre kawałki rafy i takie brzydkie czarne kolczaste kuleczki.

DSC00887

Wybrałem hotel z grupy „Melia”, ponieważ rok temu byłem w Melia Caribe Tropical na Dominikanie i był to jeden z najlepszych hoteli w moim życiu. Zaufałem marce. No i zwiodły mnie zdjęcia plaży. Nie doczytałem, że jest tak daleko. Nie dowiedziałem się też, że wyprawa do miasta to koszt 100 dolarów w dwie strony taksówką, acz to akurat nie jest wielka wada, bo celowo zdecydowałem się wypoczynek z dala od cywilizacji.

DSC00881

W środku hotel prezentuje się skromnie, ale to typowe dla hotelu w tej szerokości geograficznej. Wielkich molochów nie uświadczycie.

DSC00886

Kto chce, może odpocząć, korzystając z internetu. Niestety wbrew temu, co wyczytałem przed lotem, w pokojach sieci nie ma. Była w lobby. Czasami pół godziny czekałem, aby załadowało mi się zdjęcie na instagrama.

DSC00897

Teren hotelowy jest malutki. Obejście go zajmuje 20 minut. Uwielbiam duże hotele, ale niestety na Zanzibarze ciężko było znaleźć i duży i dobry.

DSC00980

Największą zaletą tego miejsca był apartament. Bardzo przestronny.

DSC00978

DSC00988

Łazienka też ładna i licznie zamieszkana przez karaluchy. Nie było ranka, abym nie znalazł w niej kilku robaczków.

DSC00986

Sypialnia niezbyt duża, ale w zupełności wystarczająca.

DSC00849

Widok z okna też niezły.

DSC00868

Niektórzy zauważyli, że wrzucałem na instagram mało zdjęć jedzenia. Niestety – pierwszego dnia zatrułem się i cały dzień przespałem. Następnie przez pięć kolejnych dni miałem wstręt do jedzenia i żywiłem się tylko chlebem. Kiedy mi przeszło, wciąż żywiłem się tylko chlebem, bo ich oferta śniadaniowo-obiadowa była bardzo skromna. Tak na poziomie egipskiego trzygwiazdkowca.

DSC00845

Room Service miałem przez 24 godziny na dobę. Fajnie, tylko że jedzenie prawdopodobnie dowożono z kontynentu, bo od zamówienia do otrzymania mijała godzina, a kiedy zasiadało się do spożycia, wszystko było zimne.

DSC00856

Obsługa, I hate you

Najgorsza była obsługa. Nie jestem jednym z tych pieniaczy, którym się wszystko należy. Pracowników hotelu traktuję z szacunkiem. Napiwki daję każdemu. Nawet chłopakom uzupełniającym mi lodówkę i paniom przynoszącym pranie.
Kiedy czekam zbyt długo na podanie jedzenia… cierpliwie czekam dłużej.
Kiedy czekam zbyt długo na pościelenie mi łóżka… ścielę je sobie sam.
Kiedy widzę, że niedokładnie posprzątano mi pokój… wzruszam ramionami.

Przez pierwsze dni podchodziłem ze zrozumieniem do obsługi, mającej problemy z profesjonalizmem. Oni tu wszystko robią powoli, nikomu się nie spieszy. Byłem na wakacjach, więc i mi się nigdzie nie spieszyło. Jednakże po jakimś czasie zaczynało mnie to irytować, bo uświadomiłem sobie, że jednak nie jest w porządku, kiedy
– idziesz na śniadanie, a kelnerom nie chce się przynieść ci kawy,
– idziesz na obiad i obsługują wszystkich poza tobą,
– zamawiasz pizzę, a dostajesz burgera
– zamawiasz coca-colę w butelce, a dostajesz wodę sodową
– sprzątaczka nie przychodzi rano
– nie przychodzi też po południu
– przez dwa kolejne dni nie odwiedza cię też wieczorem
– regularnie zapomina psiknąć w pokojach środkiem przeciwko karaluchom, dzięki czemu po paru dniach z każdym robakiem jesteś po imieniu
– przez dwa kolejne dni olewa cię koleś od uzupełniania lodówki
– dzwonisz dwukrotnie i czekasz 8 godzin, aż przyjdzie koleś, który wymieni baterie w sejfie
– zrywa się wiatr, obsługa nie składa parasoli przez co jeden z nich na moich oczach przewrócił się wbijając w leżak, na którym 15 minut wcześniej kobieta czytała książkę.
– włączasz sobie saunę, czekasz 30 minut aż się nagrzeje, po czym idziesz do niej i zauważasz, ze ktoś z obsługi ją wyłączył

To nie były jednostkowe przypadki. Tych w sumie to nie pamiętam. Wymieniłem tylko takie, które trafiały się regularnie. Pomyłki (głównie w restauracjach) można odpuścić, bo nie było moją życiową tragedią otrzymać inne jedzenie niż to, które zamówiłem, ale jest różnica między pomyłkami, nieporozumieniami, a zwyczajnym lenistwem i złośliwością. Tym bardziej, że w drugim tygodniu wakacji wszyscy nagle zaczęli chodzić wokół mnie jak w zegarku. Jak to się stało?

Ano raz w restauracji po dokładnie 20 minutach czekania na menu, podszedłem do kierownika, przerywając mu jakieś biznesowe spotkanie i powiedziałem, że nie jestem zadowolony z obsługi. Kiedy pewnego dnia znowu nie przyszła pani od sprzątania, poszedłem do innego kierownika, grzecznie prosząc, aby ktoś zaopiekował się moim pokojem. Nigdy nie podnoszę głosu, nie krzyczę „za co ja płacę!!!!”, bo to buractwo. I dobrze, bo okazało się, że kierownicy to tutaj bogowie. Oni naprawdę się starają. Dla nich turysta jest królem i załatwisz z nimi absolutnie wszystko.  No i wszyscy się ich boją. Odniosłem wrażenie, że panuje tu odpowiedzialność zbiorowa i jeśli poskarżyłem się na jednego kelnera, to tak, jakbym poskarżył się na wszystkich. Nigdy więcej nie czekałem na wodę, nigdy więcej sprzątaczka o mnie nie zapomniała, a w restauracji byłem obsługiwany w pierwszej kolejności przez wszystkich kelnerów, co w sumie wprawiało mnie w lekkie zakłopotanie.

W drugim tygodniu miałem bardzo mało powodów do narzekań, co niestety nie zmienia w niczym mojej negatywnej opinii o hotelu. Wszystko w nim było średnie albo złe. W hotelach tej klasy gość nie ma prawa być poirytowany obsługą, a jeśli mnie pamięć nie myli, to jeszcze nigdy nie narzekałem na tak fatalne traktowanie.
Do tego robactwo, jakiego nie miałem nigdy w życiu. Nawet w Egipcie, a tam przecież w trakcie kilku wypraw z Andrzejem zdarzało nam się mieszkać w hotelach niezasługujących nawet na trzy gwiazdki. Tu karaluchy były wszędzie. Chodziły po podłogach, w czajniku, wannie, zlewach. No po prostu wszędzie. Pierwszego dnia widok jednego przeraził mnie i obrzydził. Teraz nawet jak widzę rano kilka pod prysznicem, to po prostu każę im spadać. Już nie robią na mnie wrażenia.

Robaki dyskwalifikują ten hotel, bo to nie jest wina „egzotycznego” miejsca, lecz zaniedbań obsługi. Jakoś w Kenii, Dominikanie czy w Tajlandii na nieproszonych gości nie narzekałem. Poza nimi odradzam to miejsce z uwagi na:
– fatalną obsługę (jak na standardy pięciogwiazdkowe)
– beznadziejny internet w całym hotelu i brak internetu w pokojach
– brak plaży przy hotelu
– słabe jedzenie
– czyste pokoje, ale brudne meble (raz podniosłem poduszkę od sofy i po ujrzeniu setek włosów, piachu i innych drobiazgów nie powtórzyłem tego czynu)
– czy wspomniałem o robakach?

Zalety? Hm…
– ogromne pokoje
– przepyszna pizza na plaży (jadłem prawie codziennie…)
– profesjonalne masażystki w SPA (lepszy masaż miałem tylko w Tajlandii)
– prysznic w pokoju pod gołym niebem (w towarzystwie uroczych gekonów)
– kierownicy (managerowie?), z którymi da się załatwić wszystko
– rewelacyjne ciasta czekoladowe (wszystkie bez wyjątku)
– cisza, kameralna atmosfera
– mała, ale doskonała sauna, bo można w niej zarzucić 120 stopni
– przepiękny ocean w trakcie przypływu

Wady hotelu nie sprawiły, że miałem zepsute wakacje. Nic z tych rzeczy. Tym bardziej, że coś takiego jak słabe jedzenie czy fatalna obsługa to rzecz mocno subiektywna. Może nie trafili w mój gust, może miałem pecha. Niemniej wszystkie wady zebrane w całość skłaniają do wyciągnięcia jedynie słusznego wniosku: wybierając się na Zanzibar, rozejrzyj się za innymi hotelami.

Jak wypada Zanzibar na tle innych miejsc? No tak sobie. Obiektywnie rzecz biorąc to piękne miejsce, co pokazałem na kilkudziesięciu zdjęciach w poprzednich tekstach, jednakże dla kogoś, kto już trochę w życiu widział, Zanzibar nie ma nic do zaoferowania i zapewniam was, że jeśli planujecie jakąś daleką wyprawę to zdecydowanie lepszym wyjściem będą dwa kraje – Tajlandia lub Meksyk. Tam można i doskonale wypocząć i zrobić piękne fotki i doskonale pojeść, a zwiedzania jest tyle, że dwa tygodnie to mało.

Pobytu nie żałuję, bo to był dla mnie symbol. Odhaczyłem sobie to marzenie, zrealizowałem kolejny punkt z mojej listy „Tylko Jeden Rok” i mogę teraz realizować kolejne. Jednakże wyleczyłem się z podróży do krajów znanych z tego, że są piękne i nic poza tym. Już nie chce mi się lecieć na Malediwy, Mauritius czy Seszele. Kiedyś je zaliczę, ale za rok na pewno wybiorę miejsca, w których jest coś do zwiedzania. Chyba obiorę kierunek azjatycki.

Day One

Trochę ponarzekałem na Zanzibar, ale ogólnie było miło. Najbardziej chciałem wypocząć i podjąć kolejną próbę ułożenia planu książki. Najstarsze dinozaury pewnie nie pamiętają, że zapowiadałem ją już wieki temu, a pierwsze szkice powstały w trakcie wyprawy do Nowego Jorku w 2012 roku. Potem była Kenia, Nowy Jork, Dominikana, Nowy Jork i zawsze z tych wypraw wracałem z planem, który wydawał się być tym właściwym. Po czym pisałem poradniki dla blogerów…
Tym razem jest inaczej. W trakcie jednego ze spacerów znalazłem brakujący fragment mojej układanki. Coś, czego nie potrafiłem znaleźć przez wszystkie lata. To wydarzyło się nagle. Szedłem uliczką i bum. Olśnienie. Ulga. Wzruszenie. Kiedy wchodziłem na plażę, miałem łzy w oczach i za moment otoczyło mnie trzech pracowników, pytając czy dobrze się czuję, czy może potrzebuję lekarza. To był 23 lutego. Na zawsze zapamiętam ten dzień.
Potem jeszcze przez parę dni, kiedy chwytałem za długopis, aby zrobić kilka notatek, powstrzymywałem łzy. Taki głupi odruch. Nawet jeśli chciałem dopisać tylko jedno zdanie, trzęsła mi się dłoń.
Od tamtej pory wiem, że już wiem, jak poskładać do kupy książkę, ale z oficjalną zapowiedzią wstrzymam się jeszcze kilkanaście tygodni. Bo może znowu nic z tego nie będzie, choć chyba tym razem faktycznie znalazłem to, czego szukałem. Więcej info w okolicach maja.

Update: Książka jest już w sprzedaży -> sklep.ds.jasonhunt.pl

Mam dla Ciebie trzy prezenty, ale możesz wybrać tylko jeden.

Ja bym zapisał się na wykład. Większość wybiera srodkową opcję. Ciekawe, co Ty wybierzesz...