Sztuka mówienia "nie wiem" | JasonHunt

Sztuka mówienia „nie wiem”

Czytałem mnóstwo wywiadów z ludźmi, którzy nie mają najmniejszych podstaw, by udzielać odpowiedzi na zadane im pytania. Zadaje się im pytania tylko dlatego, że są sławni i znani (…). Sam na takie pytania odpowiadałem, a potem zastanawiałem się, co ja tu w ogóle, kurwa, robię. To absurdalne, że ktoś zadaje takie pytania i równie absurdalne, że zgodziłem się na nie odpowiadać. 

 

Coś w tym jest, prawda?
Powiedział to Marlon Brando. 38 lat temu. Przeczytałem to wczoraj w książce mu poświęconej i uśmiechnąłem pod nosem. W mojej skrzynce jest od groma maili od osób, które proszą o najprzeróżniejsze rady. Kompletnie niezwiązane z tym, czym zajmuję się na co dzień. Każdy twórca takie listy dostaje. Pyta się nas o to jak żyć, jak umierać, jak się ożenić, jak rozwieść, kogo kochać, komu coś ukraść i komu wpierdolić. Dziennikarze też nie są lepsi. Parę dni temu dostałem pytanie, co mam do powiedzenia na temat występów Polaków na igrzyskach. Nieco wcześniej pytano mnie, czy zechciałbym się wypowiedzieć na temat parawanów na plaży. Wiosną namawiano mnie do wzięcia udziału w dyskusji o rodzinach, które przepijają kasę z programu 500+. Za każdym razem odmawiałem. Lubię dziennikarzy, ale nie przepadam za mediami i w ciągu ostatnich paru lat udzieliłem zaledwie paru wywiadów. Tylko tym, których prywatnie szanuję.

Ludziom wydaje się, że jeśli ktoś jest po tej drugiej stronie barykady – po tej, którą się obserwuje, czyta, ogląda, podziwia i pogardza – to taka osoba musi wiedzieć więcej. Bo ludziom wciąż wydaje się, że ktoś sławny to ktoś mądrzejszy, nawet jeśli wszyscy doskonale wiemy, że tak nie jest.
Niestety jest. Nie zastanawia was idiotyzm (pewnie wielokrotnie to widzieliście) gratulowania komuś, że pojawił się w mediach? Kij z tym, czy coś mądrego powiedział. Wystarczy się pojawić, a wielu gotowych jest pomyśleć, że to takie zajebiste być twoim znajomym.

I kiedy przeczytałem – wcale nie odkrywczą, ale przyjemną dla oka – wypowiedź Brando, przypomniała mi się kobieta z pociągu. Krótka historia, jedna z pierwszych, które opowiedziałem czytelnikom bloga. To było gdzieś w okolicach 2006 roku.

 

Kobieta z pociągu. Rok 2006

Pociąg relacji Poznań – Warszawa. To był zwyczajny beznadziejny dzień, padało, dostałem na obiad zimne frytki i byłem zły, bo nie kupiłem żadnej gazety do czytania podczas podróży. Zanim pociąg ruszył, stanąłem przy wyjściu cierpliwie czekając, aż matoły zajmą miejsca i przestaną sie przepychać między przedziałami.

W pewnym momencie wsiadła do wagonu młoda kobieta. Na oko miała około dwudziestki. Niezbyt dobrze ubrana, powiedziałbym nawet, że dosyć biednie. Włosy rozczochrane, niezdarnie wykonany makijaż. Prawdopodobnie biegła, bo cicho sapała. Na twarzy malował jej się nerwowy uśmiech. Miała ze sobą podróżną torbę, której nie zdążyła nawet zapiąć. Wystawał z niej rękaw od swetra. Dziewczyna na pewno spieszyła się, by zdążyć na pociąg.

– Czy mogę cię prosić o pomoc – zwróciła się do mnie.

– Jasne, w czym problem? – spytałem badając ją wzrokiem.

– Czy możesz mi odpowiedzieć na jedno proste pytanie?

– Jakie?

– Mam jechać czy wysiąść? – spytała ponownie niecierpliwiąc się. Pociąg miał ruszyć za minutę.

– To zależy dokąd chce Pani dojechać…

– Ja wiem dokąd. Nie chcę tego tłumaczyć. Proszę, powiedz mi tylko czy powinnam jechać, czy lepiej żebym wysiadła…

Zadałem wówczas czytelnikom jedno proste pytanie: co byś odpowiedział kobiecie, mając do wyboru tylko trzy odpowiedzi:

„TAK” 
„NIE”
„NIE WIEM”

Większość czytelników krzyknęła: TAK, masz jechać!

Dostali ode mnie straszną zjebkę. Nie mogło być inaczej, bo moja odpowiedź brzmiała:

Nie

– Wydaje mi się, że nie powinna pani jechać – odpowiedziałem jej.

Westchnęła i zdobywając się na jeszcze jeden uśmiech pokiwała twierdząco głową. Wzięła swój bagaż i wysiadła. Nigdy więcej jej nie zobaczyłem.

Gdy z jakiegoś powodu nie jesteście w stanie ogarnąć całości, skupiajcie się na szczegółach.
Nie zdążyła na dobre wsiąść do pociągu, a oddała mi podjęcie decyzji o dalszej podróży. Owa niepewność wynikała z przewagi emocji nad rozumem. Emocje kazały jej spakować się i pójść na dworzec. Rozum nakazywał: upewnij się!
Wystający rękaw z otwartej torby, zaniedbany wygląd i pośpiech nijak nie świadczyły o tym, że była przygotowana na podróż. Cóż zatem za problem był, aby wysiadła, przez następną godzinkę wszystko przemyślała i pewna swego wróciła do domu lub udała się w podróż następnym pociągiem?
Wydaje mi się, że chciała uciec z domu. Tak nie wyglądała kobieta, która jedzie się zabawić, która zmierza do swojego mężczyzny. Ona uciekała od problemów.
Co to jednak za ucieczka, której nie jest się pewnym? Ucieczka winna być aktem desperacji, a nie chwilowej fanaberii podyktowanej przez negatywne emocje. Może chciała rozpocząć nowe życie, ale jestem pewien, ze wtedy nie była jeszcze na to gotowa.
Gdybym pomógł jej i jej emocjom odpowiadając „Tak, powinnaś jechać” – być może później miałaby do mnie żal.

Mogłem odpowiedzieć, że

Nie wiem

Ale umywanie rąk nie wchodziło w rachubę, ponieważ tylko pozornie pozbawiłoby mnie odpowiedzialności za decyzję, którą sama ta bezradna osoba musiałaby podjąć.
Z kolei sugestia opuszczenia pociągu była ukłonem w stronę jej rozumu.
Wysiądź! Przemyśl!
Nic nie rób. Przeczekaj.
Czasami jest tak, że rozwiązanie problemu nie leży w aktywnym działaniu na rzecz rozwiązania.
Bierność i cierpliwość często prowadzą do zrozumienia istoty sprawy, ale wymagają czasu. Dziś mam nadzieję, że udzielając takiej, a nie innej odpowiedzi – podarowałem jej ten czas.

Tak napisałem 5 lat później, kiedy ponownie wrzuciłem historię na bloga. Był sierpień 2011 roku.
Mamy sierpień 2016.

Teraz wiem, że jednak nie wiem

Wciąż uważam, że udzieliłem jej dobrej odpowiedzi, ale „nie wiem” też było właściwym rozwiązaniem. Bo nie wiem, czy ona była rozsądną osobą. Nie wiem, czy wykorzystała podarowany czas. Nie wiem od czego uciekała i dokąd zmierzała. Nie wiem, dlaczego 10 lat temu uważałem, że powinienem wziąć za nią odpowiedzialność.

W dobie social mediów wymaga się od nas wiedzy. Musimy mieć zdanie na każdy temat. Sportowcy? Jesteśmy najlepszymi trenerami. Zawsze wiemy dlaczego ktoś wygrywa. Bo uparcie dążył do celu. Zawsze wiemy, co jest przyczyną porażek. Kasa, brak talentu i wypalenie, ślepi sędziowie. Mamy wyrobione zdanie na temat artystów, jesteśmy świetnymi krytykami książek, filmów, a jak trzeba to nawet i przedstawień teatralnych, które większość z nas ostatni raz widziała w poprzednim wcieleniu.
Jeśli WIESZ, to ludzie się z tobą liczą i nagradzają lajkami. Jeśli kilkukrotnie uda ci się powiedzieć coś, czego publika nie zrozumie, ale wyda się jej to sensowne, zyskasz etykietkę eksperta. Może nawet wizjonera.
Jeśli NIE WIESZ, to jesteś debilem. Jak ta dziennikarka, która nie wiedziała kim był Grotowski (ja też nie wiedziałem), jak wielu innych, którzy zaliczają wpadki na pytaniach o historię, geografię albo wykładają się na ortografii pisząc swoje statusy na Fejsie. Internetowi prześmiewcy uwielbiają śmiać się z cudzych porażek.

Każdego dnia widzę na FB ludzi, którzy są na tak lub są na nie. Coś jest najlepsze lub najgorsze. Ludzi, którzy do czegoś zachęcają lub zniechęcają. Zauważcie, jak rzadko piszemy „nie wiem”. Można zapytać „a po co to pisać?”. Jeśli ktoś czegoś nie wie, to nie wie. „Nie wiem” nie wnosi niczego do dyskusji. Tak mi się do niedawna wydawało. Może właśnie wniosłoby wiele? Może właśnie tego zdania najbardziej brakuje w tysiącach rozmów o wszystkim i niczym? W naszej codziennej komunikacji, najłatwiej znaleźć ludzi, którym wydaje się, że coś wiedzą. Najtrudniej o tych, którzy nie wiedzą i nie boją się nie wiedzieć.

 

PS Marlon Brando nie cierpiał rozmawiać o aktorstwie. Nudziło go to. Granie w filmach też go nudziło, nie uczył się na pamięć swoich ról, notorycznie był nieprzygotowany i niechętny do współpracy. Twierdził, że nie jest artystą, bo artystów już nie ma, na aktorstwie się nie zna i niczego innych nie mógłby nauczyć. Miał ten zawód kompletnie w dupie.
Przez wielu jest uważany za najwybitniejszego aktora w historii kinematografii.

  • >>>”Dziennikarze też nie są lepsi. Parę dni temu dostałem pytanie, co mam do
    powiedzenia na temat występów Polaków na igrzyskach. Nieco wcześniej
    pytano mnie, czy zechciałbym się wypowiedzieć na temat parawanów na
    plaży. Wiosną namawiano mnie do wzięcia udziału w dyskusji o rodzinach,
    które przepijają kasę z programu 500+.”

    Ale co ma do powyższego (pars pro toto) „nie wiem”?
    Nie mylmy wiedzy (znajomości faktów, czyli prawdy w sensie naukowym) z starymi dobrymi opiniami.

    Przecież nie trzeba znać tematu, by coś lubić bądź nie lubić (na przykład).

    A co do „nie wiem”, to byłoby miło, gdyby częściej padało z ust „znawców tematu”, różnych „ekspertów” czy „autorytetów”.
    Być może jestem staroświecki, ale tzw. nowoczesnej wiedzy po prostu nie trawię.

    Fakt — można by to traktować jako kabaret (albo zarabiać, jak swego czasu kontrarianie, na pseudoekonomicznych prognozach), ale coś w środku podpowiada, że najzwyczajniej w świecie nie godzi się.

  • „Nie wiem” – tylko tak odpowiadałam na kolejne pytania zadawane mi wtedy przez niedawno poznanego chłopaka, z którym czułam że wiele mnie łączy i wiele dzieli, ale tak naprawdę nie wiedziałam co dalej. Wtedy nie wiedziałam, to było 11 lat temu. Dzisiaj wiem, a on nadal czasem się śmieje z tego mojego cichego „nie wiem”.
    Tak, potrzeba nam przyznania do niewiedzy. Ale to chyba potrafią nieliczni. ;)

  • Świetny test. Napisałem ostatnio coś, co idealnie się z tym łączy, czyli artykuł: Psycholog to nie wróżka, pogódź się z tym…
    Był on odpowiedzią na to, że ludzie często oczekują od nas cudów. Oczekują od nas, że przejmiemy odpowiedzialność za ich życie. Oczekują odpowiedzi na własne pytania, zupełnie nie zastanawiając się, czy w ogóle chcemy im na nie odpowiadać. A jeżeli nie odpowiadamy, to pojawia się złość, frustracja i rozczarowanie.

    Dla psychologa, odpowiedź „nie wiem” jest często tą jedyną, która może być w pełni szczera. Kiedy oczekujesz, że naprawię twoje życie w jednej sesji, w jednej godzinie, czy w jednym pytaniu, nie zastanawiasz się nad tym, czy jest to możliwe. Często „nie wiem” jest jedyną odpowiedzią, jaką mogę Ci dać. Jednak takiej odpowiedzi nie chcesz usłyszeć.

    Jednak aby odpowiedzieć „nie wiem” trzeba mieć odwagę. Trzeba przyznać się do tego, że w świecie w którym, każdy zna się na wszystkim, my akurat czegoś nie wiemy. Takiej odwagi trzeba się uczyć, ja uczę jej się każdego dnia. Często przegrywam, bo nie jest to łatwe. Ale staram przestać udawać, że znam odpowiedzi na każde pytanie.

    Dzięki za ten tekst, skłaniający do tych przemyśleń.

    Pozdrawiam,
    Patryk.

  • find_out

    Też bym pewnie był taką osobą gdyby ojciec w dzieciństwie nie zaszczepił mi zainteresowania filozofią, a co za tym idzie literaturą wogóle. Temat jest znany. Bez wątpliwości nie ma mowy o myśleniu, a do takiego wniosku może doprowadzić jeden dzień spędzony z Kartezjuszem. Leszek Kołakowski zawsze przestrzegał przed byciem przesadnie o ile wogole kategorycznym. Recepta jest jednak wydaje mi się bardzo kategoryczna: Więcej czytać ! Czytając dowiadujemy się coraz więcej o tym jak mało wiemy. Bez czytania wiemy wszystko.

  • Mam wrażenie, że ci, którzy potrafią się przyznać do niewiedzy najbardziej by się przydali w publicznych dyskusjach – ale oni nie niosą ze sobą żadnych emocji, więc po co ich zapraszać do publicznych dyskusji? Ludzie mądrzy, ludzie mówiący z sensem, ludzie, którzy swoimi tezami nikogo nie obrażają… a co to za rozrywka?

  • Historia z kobietą nasunęła mi na myśl książkę „Rose Madder” Stephena Kinga, ale to tak na boku.

    Co do tematu, to chyba wyczerpuje go to, za co jakoś na początku XXI wieku poszedł IG Nobel – efekt Duninga Krugera. Im ktoś mniej wie, tym bardziej sądzi, że wie dużo w danej dziedzinie, a im ktoś jest mądrzejszy, tym bardziej zdaje sobie sprawę ze swoich braków w wiedzy i tego, jak wiele jeszcze nie wie, przez co ocenia swoją wiedzę gorzej od amatora. Tacy ludzie, którym wydaje się, że wiedzą, bo *coś tam* wiedzą, są gorsi, od ludzi, którzy dosłownie nic nie wiedzą, ponieważ (ci pierwsi) gmatwają strasznie.

  • Żaneta Kruk

    Swego czasu, na samym początku zawodowej kariery moja ówczesna wtedy szefowa (swoją drogą kobieta, która oddziałem banku trzęsła dobre 20 lat i nie było człowieka, ktory by się jej nie bał) powiedziała mi tak: „tylko ludzie inteligentni przyznają, że czegoś nie wiedzą. Głupek zawsze idzie w zaparte”. Bardzo sobie zapamiętałam te słowa, nigdy nie starając się udawać mądrzejszej niż jestem. Wyszło mi to na dobre. Dziś, gdy przeczytałam ten post, przed oczami stanęła mi była szefowa właśnie. Jestem pewna, że i jej bardzo spodobałyby się Twoje słowa.

  • karolina

    Mam 24 lata. Zaczęłam Cię czytać mając 13ście.. i dopiero sobie człowiek uświadamia jak ten czas zapieprza jak przeczyta tekst, który juz kiedys czytał. Te kiedyś było 10 lat temu…

  • Zadajesz czytelnikom pytanie – odpowiadają tylko ci z największym ego. Oznajmiasz, że czymś się jarasz – dowalają Ci osoby z chorobą dwubiegunową. Mówisz o tym, co Ci przeszkadza – ci sami „dwubiegunowce” muszą Ci zwrócić uwagę, że przesadzasz i przeżywasz.
    To jest dopiero ciekawe zjawisko! To nie tym „aktywnym” mówisz jak mają żyć. To cichy obserwator czerpie z Ciebie najwięcej :)

  • Opiniotwórczy bloger nie może sobie pozwolić na niewiedzę. Na każdy temat ma własne zdanie. W jego tekstach nie powinno być niepewności, „mam nadzieje” i „wydaje mi się”. Treści wirusowe to właśnie te, w których nie ma miejsca na żadne „ale”.
    A co mówi życie i po których tekstach człowiek się czuje najlepiej, że sobą i z tym co robi? Po tych najbardziej autentycznych. Takich, co dają wolność. W których nie zawsze wie, w których konfrontuje swoje poglądy z zupełnie nieoczekiwanym wnioskami, w których okazuje się, że najlepsze co może zrobić, to przyznać się, że jednak nie wie. Takie teksty czasem najwięcej wnoszą, bo każą myśleć. Dzięki, że skonfrontowales samego siebie sprzed lat. To się ceni!

  • Bardzo dobry artykuł. W dobie wygłaszania opinii o wszystkim dobrze jest się zastanowić, czy naprawdę warto oceniać np. dane wydarzenie. Może lepiej przemilczeć i nie zwracać na to uwagi? :)

  • Sięgnę po książkę o Marlonie B. Zaintrygowała mnie jego postać. Moim zdaniem ludzie nie mówią „nie wiem”, bo się boją, że źle wypadną w oczach strony pytającej. A przecież człowiek chciałby być dobrze oceniany. Ja odpowiadam nie wiem swoim dzieciom, bo nie mam patentu na całą wiedzę. Szukamy potem odpowiedzi w Internecie albo w książkach – o ile się da. A czasami pytania pozostają bez konkretnej odpowiedzi: tak lub nie.

  • TheresaW

    Patryk- a mojej osobie wydaje sie ze wypada wiedziec wszystko mimo,ze nie wie sie wszystkiego.Takim osobom jak psycholodzy,nauczyciele,prawnicy,sedziowie itp z gornej polki musza wrecz klamac zeby rozmowca nawet nie mogl poznac ze ta osoba moze „nie wiedziec” Z mojej opini
    „Nie wiem „to tylko chyba z Chin pochodzi;)