20 nieszczęść, które przytrafiły się nam w Anglii | JasonHunt

20 nieszczęść, które przytrafiły się nam w Anglii

 Ilość pechowych sytuacji, jaka nam się przytrafiła w ciągu 4 dni spędzonych w Londynie i okolicach jest zadziwiająca i w żaden sposób niewytłumaczalna. 

Wybraliśmy się na wyścigi formuły 1 na Silverstone.

samochod-silverstone

1. Mały problem z taksówką.

Zaczęło się już w Polsce. Mój błąd. Zamówiłem taksówkę na 10 minut przed wyjściem i po 15 minutach otrzymałem telefon, że niestety żadnego taksówkarza nie ma w mojej okolicy. Udało się z inną firmą. Razem z kolegą dotarliśmy na lotnisko na niecałą godzinę przed odlotem.
Sam lot przebiegł całkiem szczęśliwie. Nie było już wolnych miejsc z tyłu samolotu, ale były wolne płatne w pierwszym rzędzie. Pięć dych w plecy? Dla kogoś to pech, dla nas czysta przyjemność, bo mieliśmy więcej miejsca na nogi.
Było nas tam sześciu. Piotr z ramienia Brauna, dwaj smutni panowie z Onet, jeden smutny pan z Playboya, jeden bloger i Michał. Nie pytajcie kim jest Michał, bo nikt tego nie wie.

(niektóre fotki w tekście dokumentują nieszczęścia, a niektóre wstawiłem, bo tak)

2. Kto zajumał moją walizkę?

Lotnisko Luton (taka mała miejscowość, w której co drugi mieszkaniec nosi reklamówkę z biedry). Chłopaki odebrali swoje walizki, zbierają się do wyjścia, ale nagle słyszą cichy płacz. Mój płacz.
– Chyba nie ma mojej walizki. Miałem w niej cały swój dobytek…
Czekamy. 10 minut, pół godziny, dzień, drugi… Przejechały walizki z całego świata, a mojej jak nie było tak nie ma.
Idę robić dym. Nie pomaga. Nikt nie wie gdzie jest i kiedy będzie. Używam argumentu „jestem tym słynnym blogerem”. Po chwili dowiaduję się, że walizka jest. W Warszawie.
– Mister pan przyjdzie jutro tutaj.
– Dobrze, mister przyjdzie. O której?
– O siódmej.
To nie tak źle. Z hotelu godzina drogi na lotnisko, godzina na powrót, potem godzina na tor wyścigowy. Maksymalnie o 11:00 będziemy na trybunach. Na dwie godziny przed startem Grand Prix.

3. Nie ma naszego samochodu.

DSC00392

Po opuszczeniu lotniska okazało się, że nie ma naszego 6-osobowego samochodu, który agencja wynajęła przed wylotem. Ktoś go ukradł z parkingu. Firma przeprosiła i zaproponowała dwa mniejsze. Tylko kto o zdrowych zmysłach potrafi jeździć ruchem lewostronnym? Z naszej ekipy nikt, toteż losowaliśmy zapałki. Wypadło na chłopców, którzy akurat nie mieli prawa jazda, co przyjęliśmy ze wzruszeniem ramion. Przecież zapniemy pasy.

4. Tylko fast food.

 

5. Gniazdko.

DSC09330

W Anglii mają trzydziurkowe gniazdka. Nie da się po dobroci włożyć naszej wtyczki. Adaptery zawsze ze sobą wożę. W walizce. Idę do recepcji.

– Ten…tego…you know…adapterro…charge battery…you know?

– No.

– Ok, baj.

Na szczęście w drodze do pokoju zobaczyłem maszynę sprzedającą adaptery. Za 8 funtów. Próbowałem się targować kopiąc ją parę razy, ale była nieugięta. Reszta ekipy nie uznała za stosowne kupić swojego adaptera. Do końca wyprawy najczęściej wypowiadanym do mnie zdaniem było: – Ej, ty…jak ci tam… masz pożyczyć adapter?

6. Powrót na lotnisko.

Zerwałem się o 6 rano. Koledzy Michał i Piotrek też nie mogli spać. Pojechali razem ze mną do Luton odebrać walizkę. Podchodzę do okienka Wizzair i mówię, że walizkę poproszę.

– Nie ma.
– Super. A kiedy będzie?
– To znaczy jest, ale Biuro Odbioru Zaginionych Walizek w Wizzair jest czynne dopiero o 13:00.
– O 13:00 to się zaczyna wyścig!
– Sorry, taki mamy klimat.
2014-07-07-11.01.40
Było dla mnie jasne, że:
a) walizki dziś nie odbiorę
b) za kilka godzin będę śmierdział.
Na szczęście Piotrek (ile ja mu zawdzięczam…) pożyczył mi swoje bokserki (na basen) i nocną koszulę. Skarpetki przezornie przeprałem poprzedniego dnia. Od Marcina Skały (ten smutny pan z Onetu) wziąłem biustonosz i pomadkę. Michał użyczył pasty do zębów, co pozwoliło mi opatentować metodę mycia ich za pomocą ręcznika. To naprawdę działa!

7. Gdzie jest ładowarka Michała?

DSC00389

W drodze na tor wyścigowy Michał zwierzył nam się wszystkim ze swojego największego życiowego problemu. Gdzieś wczoraj zgubił ładowarkę do maka i w laptopie zostało mu tylko 10 procent.
Pocieszyliśmy go mówiąc, że wszystko będzie dobrze, po czym olaliśmy sprawę.

8. Aparat się zdechł.

Michał dał mi swój aparat, abym mu zrobił fotkę na tle czegoś tam. Jego aparat był bardzo ważny, bo dzień wcześniej mianowałem go swoim nadwornym fotografem. Miał za zadanie walnąć fotki godne World Press Photo albo co najmniej okładki „Pani Domu”. Zrobiłem mu zdjęcie. Pięć minut później Michał chciał zrobić zdjęcie mi.
– Tomek. Czemu zoom nie działa?
– A bo ja wiem?
– Co robiłeś z obiektywem?
– Nic, ja tylko przycisnął tam…
Aparat się zepsuł. To znaczy niby ja go zepsułem. Akurat przed wyścigiem. A mój miał już tylko 20 procent baterii. Miałem ładowarkę. W walizce.

 

9. Wyścig się skończył, gdy się zaczął.

wypadek

Napaleni oglądamy start, a tu bach. Na pierwszym okrążeniu taki nieszczęśliwy wypadek, że pierwszy raz od niepamiętnych czasów trzeba było przerwać wyścig na całą godzinę. Jak pech to pech. Byliśmy już zahartowani. Zresztą miało padać. Wszyscy mówili, że będzie padało. A w deszczu najlepsze są wyścigi. Niestety – deszczowe chmury przeszły nad całą Anglią, ale siusiu zrobić nie chciały.

10. Dzień później. Ostateczna rozgrywka na lotnisku.

2014-07-06-08.10.39

Uzbrojeni w dwa samochody, po trzech wesołych kolesi w każdym, jedziemy w poniedziałkowe przedpołudnie po moją walizkę. Nade mną już unoszą się muchy, koledzy siedzą w maseczkach i wszyscy modlimy się, aby walizka się odnalazła.
– Sorry, sir. Ale nikt nie odbiera telefonu w Biurze Odbioru Zaginionych Walizek w Wizzair – poinformowała mnie pani z punktu informacyjnego.
Po usłyszeniu tych słów odbezpieczyłem broń, po czym kątem oka dojrzałem coś szarego obok tej pani. To była moja walizka! Oddawaj! Jeszcze przez kilka minut szukała przewieszki z moim nazwiskiem, po czym równie zdziwiona jak ja, oddała mi walizkę. Szczęśliwy wyszedłem z lotniska. Niestety czekała na mnie tylko połowa ekipy.

11. Zgubili się.

Gdzie drugi samochód?
– Nie wiemy.
– To zadzwoń do nich.
– Ok.
Jeździliśmy dwoma autami po trzy osoby w każdym. Druga ekipa zgubiła się gdzieś na parkingu lotniskowym. Tak wjechali, że nie wiedzieli jak wyjechać. Straciliśmy tylko godzinę.

12. Londyn. Nie zaparkujesz.

Dwie godziny i 15 minut szukaliśmy miejsca do parkowania. Znaleźliśmy mały, prywatny parking po milion funtów za godzinę. Cóż, firma płaci. Na biednego nie trafiło.

13. Obiad. Zawsze bierz rachunek.

 

(c.d.) Tera Big Bena czy po nowe buty?

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Jason Hunt (@jasonhunt.media)

Obiad we włoskiej restauracji. Nie wiem czy można to nazwać nieszczęściem, ale zamówiłem frytki do łososia. Dostałem łososia, a pół godziny później frytki. Niestety zapomnieliśmy wziąć rachunku, o czym przypomnieliśmy sobie godzinę później. A rachunki są niezbędne, aby rozliczyć się z firmą. Straciliśmy kolejną godzinę. Pocieszyłem się ciastkiem czekoladowym.

14. Nie mają mojego rozmiaru.

2014-07-07-18.42.14

Podobała mi sie bluza. No zwykły dres z kapturem. Ale fajny krój i świetny materiał. Niestety mieli tylko XXL. Aby znaleźć swój rozmiar obszedłem 3 inne sklepy tej sieci. Straciliśmy tylko godzinę.

Aktualizacja, lipiec 2016 r.: To była najlepsza bluza, jaką kupiłem w całym swoim życiu. Niestety zginęła mi w tajemniczych okolicznościach w samolocie powrotnym z NYC do wawy. Miałem ją tylko 3 miesiące. Nigdy już takiej nie znalazłem w sklepie (River Island). 

15. E-papieros mi pękł.

2014-07-08-06.28.58

To może wydać się szczegółem, ale kto pali, ten wie, czym jest brak fajek. Spadł mi i pękł. One nigdy nie pękały. Nigdy!
Zapasowy miałem. W walizce. A odzyskana walizka była w samochodzie na parkingu. No to idziemy!

16. Parking zabity dechami.

Okazało się, że na prywatnym parkingu stoją nasze oba samochody, ale nie ma żywej duszy, a wejścia chroni 10 metrowy płot z drutem kolczastym i napisem „uwaga zły pies”. Zapłakany dzwonię do Piotrka.
– Auta nam zamknęli. Wszyscy zginiemy!
Piotrek jest oazą spokoju. On na widok wybuchu bomby atomowej wzruszłby ramionami i powiedział „To się odbuduje”. Pocieszył mnie mówiąc, że wszystko będzie dobrze.
Jakimś cudem dodzwonił się do właściciela parkingu i uzyskał kod do bramy.

17. Zgubili się cz. II.

DSC00067

Tuż po wyjeździe z parkingu druga ekipa (która zawsze jeździła za nami) zgubiła się. Do dziś nie potrafimy tego wytłumaczyć, ale kiedy spostrzegli, że nie ma nas przed nimi – byli 8 mil od nas. Dwie dzielnice dalej. Kiedy ich znaleźliśmy i zapytaliśmy o ten absurd, odpowiedzieli:
– No tak bywa!

DSC00076

18. Telefony zdechły.

Padły baterie. Najpierw mi zostało 1 proc i włączyłem tryb samolotowy, potem Michałowi, na końcu Piotrkowi. Nasz samochód został odcięty od świata, ale w sumie na co nam telefon na 2 godziny przed dojazdem do hotelu? A jednak…

19. Cóż złego może sie wydarzyć na 300 metrów przed wjazdem do hotelu?

2014-07-07-23.48.44

To był szczyt wszystkich nieszczęść. Już po północy dotarliśmy w pobliże hotelu, a tu okazuje się, że droga zamknięta. Dwie godziny wcześniej ustawiono blokady. No daję słowo, że to było 300 metrów od hotelu. Widzieliśmy światła w naszych pokojach i stęsknione w nich kobiety. To drugie mogło być fatamorganą.

2014-07-11-20.14.05

Robotnicy powiedzieli jasno, że nie przejedziemy. Dali mapę.
W pierwszej chwili narysowana na niej droga objazdowa wydała się tak długa, że upewniliśmy się, czy mamy paszporty. Wkurzeni udaliśmy się przez wioski i bezdroża, ciągnąc za sobą słup samochodów, które też kierowały się do naszego hotelu. Ja nawigowałem, bo jako jedyny umiałem z właściwej strony trzymać tę mapę. Dwa razy coś mi się pochrzaniło na rondach i lądowalilśmy z powrotem obok rozradowanych robotników. Tych samych, którzy zamknęli nam drogę. Gdybym tylko miał telefon, a w nim google maps…

20. Lepszy ode mnie tylko Vettel.

vettel1

DSC002701

We wtorek byliśmy na konferencji z okazji premiery golarki Braun Waterflex. Ambasadorem firmy jest Sebastian Vettel. Taki tam miszcz świata w Formule 1.
Cała ekipa dziennikarzy ścigała się na konferencji z Vettelem na symulatorach. Większość trenowała przed tą właściwą jazdą. Ja nie, bo akurat wtedy jadłem śniadanie. Siadłem bez rozgrzewki i zająłem 6 miejsce.
Kiedy godzinę później pojechałem jeszcze raz, okazało się, że tylko Sebastian miał lepszy czas i bez problemu wygrałbym ze wszystkimi, zdobywając kask i szampana. Niestety liczył się pierwszy wynik.

Co złego może się zdarzyć po przylocie?

Myśleliśmy, że nic i uradowani, że pech nas opuścił na dobre, wysiedliśmy z samolotu w Warszawie. Sprawdziliśmy newsy. Okazało się, że w tym czasie odbywał się mecz, jaki trafia się raz na sto lat. Niemcy pocisnęli Brazylię siedmioma bramkami.

Dobrą stroną wszystkich pechowych momentów, jakie nas spotkały było to, że skończyły się w miarę szczęśliwie. Wydaje mi się jednak, że prędko nie trafi się ekipa, która miałaby odwagę wziąć mnie ze sobą. To by było na tyle, jeśli chodzi o podróże.

  • Ula

    Tylko zobaczyłam tytuł wpisu i przypomniałam sobie te wasze przygody. Takie wypady później najlepiej się wspomina, zabawniej, chociaż do śmiechu momentami nie było.

    Ps. Nie ładują się zdjęcia z insta.

  • Zaskakujące jest jak z pozoru czasem błahe rzeczy potrafią zirytować, choćby telefon, który zdechł.

  • brudnakasia

    Jeden z ulubionych artykułów, znam na pamięć.
    Czy do obecnej Huntlisty dojdą jeszcze inne, starsze artykuły?

    • Tak, na blogu na stronie głównej są dwie sekcje. Na górze nowe wpisy, niżej archiwalne. Docelowo 90% moich wpisów z poprzednich lat znajdzie się albo znowu na blogu albo w książkach.

  • natasza

    Haha, ale śmiszne te przygody :) Ale przecież wszystko zależy od nastawienia i przyciągania pozytywnej energii!!!1 :))

  • Londyn generalnie nie jest jakiś szczęśliwy.
    Latam samolotami dość często. W tym roku wszystkie loty były spóźnione, oprócz jednego.
    Tego, na który, przez zajebiste korki spóźniłam się jakieś 10 minut. Pomimo, że samolot stał na płycie jeszcze z pół godziny, od kiedy dobiegliśmy do bramki, nikt nie mógł nam już pomóc. Fuck it :)

  • Ksawery Darnowski

    Weź już przestań klepać te swoje głodne kawałki,
    tudzież opisywać coś co już dawno zostało opisane, tylko nieco innymi słowami,
    i jeszcze jarać się tym, że ktoś to czyta! Ohyda.

    Zrozum wreszcie, że to jest typowa „popularność kupy”.

    Zrób publiczną kupę a zlecą się muchy. Dużo much.
    A przecież tak dużo much nie może się mylić. Coś w tym musi być!
    Jaki z tego wniosek?
    Kupa jest atrakcyjna, kupa jest dobra, kupa jest smaczna, kupa jest sławna, rozchwytywana i pożądana!
    Mniam, mniam, mniam. Ale dobre! (smacznego!)

    Bingo! Eureka!

    Nareszcie znalazłem sens swojego nędznego życia -pomyślał Kominek-
    będą robił kupy. Zdobędę w ten sposób miliony fanów. Przecież zawsze tego chciałem, o tym właśnie marzyłem od dziecka; tylko nie miałem pojęcia jak to ugryźć, jak wejść na drogę prowadzącą do sławy.

    Teraz już wiem. Trzeba robić kupy – stwierdził definitywnie Kominek. Dużo kup. Jak najwięcej kup. I koniecznie publicznie.
    A ilość w końcu musi przejść w jakość. Będę sławny! Będę znany! Będę robił kupy. To będzie moje ‚idée fixe’.

    Jak powiedział tak … zrobił.
    Żeby niczego nie odkładać na później a wręcz przyspieszyć zdobycie sławy, zacznę już od dzisiaj – zadeklarował Kominek – wysram się na samym środku Marszałkowskiej w Warszawie,
    albo pod Pałacem Kultury. Będą o mnie pisać we wszystkich gazetach i mediach elektronicznych. Info o mnie obiegnie całą Polskę a może i świat, będzie o tym na pasku w programach informacyjnych („niezidentyfikowany mężczyzna” -kurwa, jak oni mogli tak o mnie napisać, przecież to ja, Kominek, jaki niezidentyfikowany? – „stworzył bezpośrednie zagrożenie dla ruchu drogowego w samym centrum Warszawy. Według informacji, którą otrzymaliśmy od naszego widza na Kontakt24 mężczyzna załatwiał potrzebę fizjologiczną na samym środku ruchliwej jezdni w godzinach szczytu. Otrzymaliśmy nagranie od naszego widza, wykonane telefonem komórkowym…”).

    Jak postanowił tak zrobił, a co z tego wyszło o tym w następnym odcinku ;-).

    Ech, Kominku, tylko sobie nie pomyśl przypadkiem, że piszący te słowa jest kolejnym nawiedzonym pseudo-blogerem, quasi-pismakiem czy innej maści zawistnym dziwolągiem, próbującym dokopać temu, który jest na drodze prowadzącej do wielkiej sławy, he he he.
    Nie, nie jestem. Nie publikuję tekstów (z drobnymi wyjątkami), nawet nie ma mnie na FB (oprócz technicznego konta do logowania) czy na innych Twitterach, z zasady nie udzielam się publicznie,
    i tak ma pozostać gdyż dobrze mi z tym.

    W przeciwieństwie do ciebie nigdy nawet nie pomyślałem, żeby zabiegać o popularność – i nikt poważny o nią nie zabiega, nigdy! bo i po co?, komu potrzebna jest chmara much, insektów, hien i sępów zlatujących się do czegoś (kogoś) popularnego? przecież to w żaden sposób nie świadczy o wartości takiego człowieka).

    Cała mądrość życiowa polega właśnie na tym, i sprowadza się do tego, żeby NIE BYĆ POPULARNYM (człowiek popularny musi się czuć jak więzień, jak ptaszek w złotej klatce, stale zobowiązany do świadczenia uciechy swojemu właścicielowi; a twoim właścicielem są ci, dla których „jesteś popularny” – to oni wyznaczają ci kryteria popularności, oni w każdej chwili mogą ci tę popularność zabrać i oni stawiają ci coraz wyższe wymagania i oczekiwania co musisz zrobić aby nadal pozostać ich popularnym; czyż nie jest o wiele lepiej być właścicielem aniżeli przedmiotem?).

    Poczytaj sobie o tym w klasycznej literaturze światowej, wiele różnych dzieł napisano na ten temat, choćby o życiu Sokratesa w „Dialogach” Platona (Sokrates nigdy niczego nie napisał ani o nic nie zabiegał, stał się sławny z innego powodu; pomimo- a nie dzięki temu).

    I to jest właśnie ten wyjątek od reguły, gdy pozwalam sobie coś napisać.
    Chociażby po to, aby ci wykazać jak dziecinnie łatwo jest zdobyć czytelników. Dużo łatwiej niż zrobić coś wartościowego i sensownego.

    A teraz możesz usunąć mój wpis.
    On już spełnił swoją rolę, którą miał spełnić – został przeczytany! (przez ciebie).
    A jakie wnioski z tego wyciągniesz to już twoja broszka.

  • Z kiedy jest ten tekst? Mam wrażenie, jakbyś tam był jeszcze wczoraj :)

  • Czyżby wszyscy Jonasze tego świata wybrali się na wspólną wyprawę ? Zdecydowanie materiał na powieść przygodową!

  • Monika Perszowska

    E tam… Ja zawsze trenuję przed, a już na pewno przez użyciem golarki!

  • Artur Wojnarski

    Dobry tekst, aż mnie dziwi że wcześniej go przegapiłem. Swoją drogą, istnieje „januszowy” sposób na poluzowanie relacji i doprowadzenie do penetracji między polską wtyczką i angielskim gniazdkiem. Wystarczy coś włożyć w górną dziurkę (nie jest zasilana prądem), wtedy dolne się poluzują i spokojnie mozna włożyć polskiego bolca. Czasem tylko ciężko wchodzi, ale dziala.